Roraty 2012 – dzień IV

Kategorie: Roraty

Św. Jan Bosko

Wzorowy wychowawca

 

 

Ksiądz Jan Bosko mieszkał w Turynie. On wiedział, co to bieda. Kiedy miał dwa lata, umarł mu ojciec. Mama sama wychowywała trzech synów. Gdy Janek miał 9 lat, śniło mu się, że był wśród kolegów i zmuszał ich, żeby nie przeklinali. Wtedy pojawił się dostojny Mężczyzna i zachęcał, aby starał się tłumaczyć kolegom łagodnie i z miłością, a nie siłą. Janek mówił, że nie da rady. Wtedy Mężczyzna obiecał mu dać nauczycielkę – swoją Matkę. I zjawiła się kobieta w świetlistej szacie, a Janek zobaczył stado niesfornych zwierząt, które nagle stały się potulnymi barankami. Rano Janek natychmiast opowiedział sen mamie. „Kto wie, może zostaniesz księdzem?…” –zamyśliła się mama. (…)

Zwyczajem św. Jana Bosco było wieczorne „słówko”. 22 grudnia 1867 roku podczas takiego słówka opowiedział jeden ze swoich najciekawszych snów. Oto jego fragmenty.

W jednej chwili zdawało mi się, że znalazłem się na małym pagórku na skraju niezmiernej równiny, której krańców oko nie mogło dosięgnąć. Wzrok gubił się w nieograniczonej przestrzeni. Była ona idealnie błękitna, jak morze gładkie i spokojne, lecz to, co widziałem, nie było wodą. Wyglądało raczej, jak jasny, przejrzysty kryształ. Pod nogami, za mną i po obu stronach rozciągał się widok przypominający ukształtowaniem wybrzeże oceanu.

Szerokie, gigantyczne aleje dzieliły tę równinę na szereg obszernych ogrodów niewypowiedzianej piękności, złożonych z gajów, łąk i klombów kwiatowych o różnych kształtach i barwach. Żadna z naszych roślin, pomimo pewnego podobieństwa, nie daje wyobrażenia o tamtych roślinach. Trawy, kwiaty, drzewa, owoce były czarujące i o wyglądzie niespotykanym. Liście były ze złota, pnie i konary z diamentów, a reszta harmonizowała z tym blaskiem. Poszczególnych odmian nie podobna byłoby zliczyć, a każda odmiana i każda nawet roślinka promieniowała własnym, odrębnym światłem. (…)

Ujrzałem wówczas w ogrodach tłumy ludzi, którzy się tam zabawiali wesoło i swobodnie. Jedni grali, inni śpiewali. Każdy głos, każdy dźwięk był tak bogaty, że zdawało się, jak by w nim dźwięczało tysiąc różnych instrumentów. Słyszało się równocześnie różne melodie o niezwykłej rozpiętości tonów, od najniższego do najwyższego, jakie tylko można sobie wyobrazić, a wszystkie w najdoskonalszej harmonii. Ach, aby to opisać, nie wystarczą najlepsze ludzkie porównania. (…)

Gdym jeszcze słuchał, jak w ekstazie, tej niebiańskiej melodii, nagle ukazała się niezmierna liczba chłopców. Wielu z nich znałem, byli w Oratorium i w innych naszych zakładach, ale większość była mi całkiem nieznana. Ten tłum nieprzeliczony szedł ku mnie. Na czele kroczył Dominik Savio, tuż za nim postępowali: ks. Alasonatti, ks. Chiala, ks. Giulitto i wielu, wielu innych kleryków i księży, a każdy z nich wiódł orszak chłopców.

Zapytałem sam siebie: — Czy to sen, czy jawa… — I klasnąłem w dłonie i biłem się w piersi, aby się upewnić, że prawdą, a nie złudzeniem jest to, co widzę.

Cała ta rzesza młodzieży zbliżyła się do mnie i zatrzymała w odległości ośmiu do dziesięciu kroków. W tym momencie zabłysło ogromnie silne światło, muzyka ucichła i zaległo głębokie milczenie. Z oczu wszystkich chłopców promieniowała niezmierna radość, a na ich twarzach widniał spokój doskonałego szczęścia. Spoglądali na mnie ze słodkim uśmiechem na ustach i zdawało się, jak by chcieli przemówić, ale milczeli.

Sam tylko Dominik posunął się jeszcze kilka kroków i stanął tak blisko, że gdybym wyciągnął rękę, dotknąłbym go na pewno. Milczał i przyglądał mi się również z uśmiechem. Jakże był piękny! Jego szaty były jedyne w swoim rodzaju. Snieżyście biała, jaśniejąca tunika, usiana diamentami i przetykana złotem spływała mu do stóp. Biodra otaczał mu szeroki, czerwony pas, gęsto wysadzany drogimi kamieniami. Lśniąc jeden przy drugim, tworzyły one wzór o tak cudnej grze barw, że na ich widok serce omdlewało z zachwytu. Z szyi spływał mu na pierś łańcuch ze sztucznych kwiatów, ich diamentowe płatki osadzone były na złotych szypułkach. Kwiaty te jaśniały nadziemskim blaskiem, silniejszym od blasku słońca, które właśnie teraz królowało w całej świetności na porannym niebie i oblewało promieniami tę twarz białą i rumianą, nadając jej piękność nieopisaną. Naszyjnik z kwiatów świecił tak silnie, że nie można było rozróżnić ich odmian. Na głowie Dominik Savio miał wieniec z róż. Włosy spływały mu falą na ramiona i nadawały mu wygląd tak piękny, tak miły, tak pociągający, że wydawał się… wydawał się… aniołem.

Wszyscy jego towarzysze również promienieli światłością. Szaty ich były różne, lecz zawsze wspaniałe; u jednych bardziej, u innych mniej kosztowne i bogate, o najrozmaitszych stylach i krojach, o najróżniejszych dominujących barwach. A ta odmienność stroju miała swoje znaczenie, zakryte przed oczyma niewtajemniczonych. Lecz wszyscy mieli biodra przepasane takim samym czerwonym pasem. Oszołomiony, przejęty aż do lęku pełnego czci, nie śmiałem ruszyć się z miejsca. Oni również przyglądali mi się w milczeniu.Wreszcie Dominik Savio przemówił: — Dlaczego stoisz tu niemy i jak by nieprzytomny. Nie jesteś owym człowiekiem, który w swoim czasie nie bał się niczego, lecz nieugięcie stawiał czoło oszczerstwom, prześladowaniom, wrogom, przykrościom i niebezpieczeństwom wszelkiego rodu? Gdzież twoja odwaga? Dlaczego nie mówisz?

Odpowiedziałem z wysiłkiem, jąkając się: — Nie wiem, co mam powiedzieć. Więc to ty jesteś Dominik Savio?

— Tak, to ja. Czy mnie nie poznajesz?

— Jak to się stało, że cię tutaj widzę? — spytałem, wciąż jeszcze zmieszany i onieśmielony.

A Savio odpowiedział serdecznie: — Przyszedłem pomówić z tobą. Tak często rozmawialiśmy z sobą na ziemi. Nie pamiętasz, jak mnie kiedyś kochałeś? Tyle okazywałeś mi przyjaźni, tyle mi dawałeś dowodów życzliwości. A ta twoja miłość serdeczna nie byłaż odwzajemniona przeze mnie? Wielkie było moje zau¬fanie do ciebie. Dlaczego więc się boisz? Dlaczego drżysz? Śmiało zadawaj mi pytania.

Na te słowa odzyskałem równowagę wewnętrzną i powiedziałem do niego: — Drżę, bo nie wiem, gdzie jestem.

— Jesteś w miejscu szczęśliwości — odrzekł Savio — gdzie się doznaje wszelkich radości i rozkoszy.

— Ta więc jest nagroda sprawiedliwych.

— Nie, nie — jesteśmy w miejscu szczęśliwości nie wiekuistej tylko doczesnej, chociaż wielkiej.

— To wszystko jest więc naturalne?

— Tak, ale upiększone mocą Bożą.

— A mnie się zdawało — zawołałem — że to musi być niebo.

— Nie, przenigdy — odrzekł Savio. — Piękności wiecznych żadne oko śmiertelne ujrzeć nie może.

— A ta muzyka — mówię dalej — czy to są te pienia, którymi rozkoszujecie się w niebie?

— Nie i jeszcze raz nie.

— A więc to były dźwięki naturalne?

— Tak, naturalne, udoskonalone jedynie wszechmocą Bożą.

— A to światło, które przewyższa blask słoneczny, czy jest światłością nadprzyrodzoną, światłością niebieską?

— To światło jest również naturalne, spotęgowane tylko i udoskonalone wszechmocą Bożą.

— A nie można by ujrzeć bodaj maleńkiego promyka światłości wiekuistej?

— Nie może jej ujrzeć nikt, kto nie dostąpił oglądania Boga twarzą w twarz. Najmniejszy promyk tego światła zabiłby człowieka, jest ono nie do zniesienia dla słabych zmysłów ludzkich.

— A czy istnieje światło naturalne piękniejsze jeszcze od tego?

O, gdybyś wiedział… lecz dość byłoby jednego błysku światła naturalnego, silniejszego ponad to, aby cię porazić.

— Czy nie można by zobaczyć przynajmniej promyka tego światła, o którym mówisz?

— Owszem, można. Zaraz będziesz miał tego dowód, co mówią. Otwórz oczy.

— Mam je otwarte — odrzekłem.

— A więc spojrzyj tam, w głąb morza z kryształu.

Spojrzałem w górę i w tym momencie zabłysła w niezmiernej dali smuga światła, cieniuteńka jak nić, lecz tak olśniewająca, tak jaskrawa i przenikliwa, że oczy moje nie były w stanie tego znieść. Zamknąłem je i krzyknąłem tak silnie, że zbudziłem ks. Leomoyne (obecnego tutaj), który spał w sąsiednim pokoju. Rano zapytał mnie z przestrachem, co mi się w nocy wydarzyło, że byłem tak niespokojny. Ta smuga światła była sto milionów jaśniejsza od słońca, a jej blask zdołałby oświetlić cały wszechświat stworzony.

Po pewnym czasie otwarłem oczy i spytałem znów Dominika:

— Co to było, może to był promień Boskiej światłości?

Savio odpowiedział: — Nie była to światłość nadprzyrodzona, choć w porównaniu ze światłem słonecznym jest o wiele jaśniejsza. Było to zwykłe światło naturalne, spotęgowane do tego stopnia mocą Bożą. Lecz chociażby morze blasku, podobnego do owej smugi widzianej tam w głębi, oblało cały świat, nie dałoby ci to jeszcze żadnego wyobrażenia o światłości niebieskiej.

— A wy, czymże się cieszycie w niebie?

— Niepodobna ci tego opowiedzieć. Czym są radości nieba, nie dowie się żaden człowiek śmiertelny, dopóki nie pożegna się z życiem i nie połączy się ze Stwórcą. W niebie cieszymy się Bogiem — to wszystko.

Ochłonąwszy już zupełnie z pierwszego lęku, wpatrywałem się z zachwytem w piękność Dominika Savio i zapytałem go śmiało:

— Powiedz mi, dlaczego masz szatę tak białą i lśniącą? Savio zamilkł, zdawało się, że nie da mi odpowiedzi. Za to chór podjął na nowo swą pieśń, której towarzyszyły wszystkie tysięczne instrumenty. Słowa pieśni brzmiały: „Mieli oni biodra przepasane i wybielili szaty swoje we krwi Baranka”.

— A dlaczego — spytałem, gdy ucichła muzyka — masz na biodrach ten czerwony pas?

Savio i teraz nie odpowiedział — dał poznać, że nie chce odpowiedzieć.

A wtedy ks. Alasonatti zaśpiewał sam: „Bo dziewicami są i chodzą za Barankiem, gdziekolwiek idzie”.

Zrozumiałem wówczas, że ten pas czerwony koloru krwi był symbolem niezwykłych ofiar, niezmiernych wysiłków i prawie męczeństwa, poniesionego dla zachowania cnoty czystości. Aby zachować się czystym w oczach Bożych, trzeba być gotowym nawet życie oddać, gdyby okoliczności tego zażądały. Był on również symbolem pokuty i umartwienia, które obmywają duszę z win. Białość zaś i promienność szat oznaczały nienaruszoną niewinność chrztu św.

(fragmenty książki „Sny. Wizje św. Jana Bosco” , Warszawa 1989)